PRZESTRZEŃ
Są takie momenty, kiedy nie umiesz nazwać tego,
co w Tobie jest.
Nie jest to smutek. Nie jest to ulga.
Coś pomiędzy – ciężar, który nie ma kształtu, a jednak przygniata.
Wszystko zaczyna się przesuwać.
Nie nagle.
Raczej cicho, jakby świat sam zmieniał ustawienia, a Ty tylko próbujesz nadążyć.
Podejmujesz decyzje, które nie mają gwarancji.
Rozwiązujesz coś, co jeszcze chwilę temu było „Twoje”.
I choć nikt Cię nie zmusza – czujesz, jakbyś stała na krawędzi własnego życia, które sama właśnie przestawiasz.
To nie jest widoczne.
Nie ma tu oklasków.
Jest cisza zmęczenie i to dziwne uczucie, że wszystko jest jednocześnie za dużo i za mało.
Rozsypujesz.
A potem zbierasz.
Nie tak jak było wcześniej.
Nie da się.
Układasz inaczej – z tego, co zostało i z tego,
czego wcześniej nie widziałaś.
Czasem coś nie pasuje.
Czasem coś boli bardziej niż powinno.
Ale w tym wszystkim pojawia się coś jeszcze.
Delikatne.
Prawie niewidoczne.
Przestrzeń.
I może właśnie o nią w tym chodziło.
Nie o to, żeby było łatwiej.
Tylko żeby było prawdziwiej.
To zostaje. Czasem w ciszy. Czasem na płótnie.
